Pary?, order 21 pa?dziernika 1849 r.

Nadawca: Je?owicki Aleksander

I. M. J. Niech b?dzie pochwalony Jezus Chrystus. Przezacna Pani! Jeszcze pod wra?eniem ?mierci Chopina pisz? o niej s?owo. Umar? 17 pa?dziernika 1849 roku o godzinie drugiej z rana. Od lat mnogich ?ycie Chopina by?o jak na w?osku. Cia?o jego, zawsze md?e i s?abe, coraz bardziej si? wytrawia?o od ognia jego geniuszu. Wszyscy si? dziwili, ?e w tak wyniszczonym ciele dusza jeszcze mieszka i nie traci na bystro?ci rozumu i gor?co?ci serca. Twarz jego jak alabaster zimn? by?a, bia?? i przejrzyst?; a oczy jego, zwykle mg?? przykryte, iskrzy?y si? niekiedy blaskami wejrzenia. Zawsze s?odki i mi?y, i dowcipem wrz?cy, a czu?y nad miar?, zdawa? si? ju? ma?o nale?e? do ziemi. Ale niestety, o Niebie nie my?la?. Mia? on niewiele dobrych przyjació?, a z?ych, tj. bez wiary, bardzo wielu; ci zw?aszcza byli jego czcicielami. A triumfy jego w sztuce najwnikliwszej zag?uszy?y mu w sercu Ducha ?w. j?ki niewypowiedziane. Pobo?no??, któr? z ?ona matki Polki by? wyssa?, by?a mu ju? tylko rodzinnym wspomnieniem. A bezbo?no?? towarzyszów i towarzyszek jego lat ostatnich wsi?ka?a coraz bardziej w chwytny umys? jego i na duszy jego jak chmur? o?owian? osiad?a zw?tpieniem. I tylko ju? moc? wykwintnej przyzwoito?ci jego si? stawa?o, ?e si? nie na?miewa? g?o?no z rzeczy ?wi?tych, ?e jeszcze nie szydzi?. W takim to op?akanym stanie schwyci?a go ?miertelna piersiowa choroba. Wie?? o tym, blada zbli?aj?c? si? ?mierci? Chopina, spotka?a mi? wi?c przy powrocie moim z Rzymu do Pary?a. Wnet po bieg?em do tego od lat dziecinnych przyjaciela mego, którego dusza tym dro?sza mi by?a. U?cisn?li?my si? wzajem, a, wzajemne ?zy nasze wskaza?y nam, ?e ju? ostatkami goni?. N?dznia? i gas? widocznie; a jednak nie nad sob?, ale nade mn? raczej zap?aka? u?alaj?c si? morderczej ?mierci brata mego Edwarda, którego te? kocha?. Skorzysta?em z tej tkliwo?ci jego, aby mu przypomnie? Matk?... i jej wspomnieniem rozbudzi? w nim wiar?, której go by?a nauczy?a. "Ach, rozumie ci?, rzek? mi, nie chcia?bym umrze? bez Sakramentów, aby nie zasmuci? Matki mej ukochanej; ale ich przyj?? nie mog?, bo ju? ich nie rozumiem po twojemu. Poj??bym jeszcze s?odycz spowiedzi p?yn?c? ze zwierzenia si? przyjacielowi; ale spowiedzi jako Sakramentu zgo?a nie pojmuj?. Je?eli chcesz, to dla twej przyja?ni wyspowiadam si? u ciebie, ale inaczej to nie." Na te i tym podobne s?owa Chopina ?cisn??o mi si? serce i zap?aka?em. ?al mi by?o, ?al mi tej mi?ej duszy. Upieszcza?em j?, czym mog?em, ju? to Naj?wi?tsz? Pann?, ju? Panem Jezusem, ju? najtkliwszymi obrazami mi?osierdzia Bo?ego. Nic nie pomaga?o. Ofiarowa?em si? przyprowadzi? mu, jakiego zechce, spowiednika. A on mi w ko?cu powiedzia?: "Je?li kiedy zechc? si? wyspowiada?, to pewno u Ciebie." Tego si? w?a?nie po tym wszystkim, co mi powiedzia?, najbardziej l?ka?em. Up?yn??y d?ugie miesi?ce w cz?stych odwiedzinach moich, ale bez innego skutku. Modli?em si? wszak?e z ufno?ci?, ?e nie zaginie ta dusza. Modlili?my si? o to wszyscy zmartwychwsta?cy, zw?aszcza czasu rekolekcji. A? oto 12 bm, wieczorem przyzywa mi? co pr?dzej doktor Cruveiller mówi?c, ?e za nic nie r?czy. Dr??cy od wzruszenia stan??em, u drzwi Chopina, które po raz pierwszy przede mn? zamkni?to. Jednak po chwili kaza? mi? wpu?ci?, lecz tylko na to, aby mi r?k? u?cisn?? i powiedzie?: ,,Kocham ci? bardzo, ale nic nie mów, id? spa?." Wystaw sobie, kto mo?esz, jak? noc przeby?em! Nazajutrz przypad? dzie? ?w. Edwarda, patrona ukochanego brata mojego. Ofiaruj?c za jego dusz? msz? ?wi?t?, tak prosi?em Boga: O Bo?e, lito?ci! Je?eli dusza brata mego Edwarda mi?? jest Tobie, daj mi dzisiaj dusz? Fryderyka! Wi?c ze zdwojon? trosk? szed?em do Chopina. Zasta?em go u ?niadania, do którego gdy mi? prosi?, ja rzek?em: "Przyjacielu mój kochany, dzi? s? imieniny mego brata Edwarda." Chopin westchn??, a ja mówi?em tak dalej: "W dzie? mego brata daj mi wi?zanie." "Dam ci, co zechesz", odpowiedzia? Chopin, a ja odrzek?em: "Daj mi dusz? twoj?!" "Rozumiem ci?, we? j?!", odpowiedzia? Chopin i usiad? na ?ó?ku. Wtedy rado?? niewymowna, ale oraz i trwoga ogarn??y mi?. Jak?e? wzi?? t? mi?? dusz?, by j? odda? Bogu? Pad?em na kolana, a w sercu moim zawo?a?em do Pana: "Bierz j? sam!" I poda?em Chopinowi Pana Jezusa ukrzy?owanego, sk?adaj?c Go w milczeniu na jego dwie r?ce. I z obu oczu trysn??y mu ?zy. "Czy wierzysz?", zapyta?em. Odpowiedzia?: "Wierz?." "Jak ci? matka nauczy?a?" Odpowiedzia?: "Jak mi? nauczy?a matka!" I wpatruj?c si? w Pana Jezusa ukrzy?owanego, w potoku ?ez swoich odby? spowied? ?wi?t?. I tu? przyj?? Wiatyk i Ostatnie Pomazanie, o które samprosi?. Po chwili kaza? da? zakrystianowi dwadzie?cia razy tyle, co zwykle si? daje, a ja rzek?em: "To za wiele." "Nie za wiele - odpowiedzia? - bo to, com przyj??, jest nad wszelk? cen?." I od tej chwili przemieniony ?ask? Bo??, owszem, samym, Bogiem, sta? si? jakoby innym cz?owiekiem, rzek?bym, ?e ju? ?wi?tym. Tego? dnia pocz??o si? konanie Chopina, które trwa?o dni i nocy cztery. Cierpliwo??, zdanie si? na Boga, a cz?sto i rozradowanie towarzyszy?y mu a? do ostatniego tchnienia. Wpo?ród najwy?szych bole?ci wypowiedzia? szcz??cie swoje i dzi?kowa? Bogu, ?e a? wykrzykiwa? mi?o?? sw? ku Niemiu i ??dz? po??czenia si? z Nim, co pr?dzej. I opowiada? swe szcz??cie przyjacio?om, co go ?egna? przychodzili, a i w pobocznych izbach czuwali. Ju? tchu nie stawa?o, ju? si? zdawa?, ?e kona, ju? j?k nawet by? umilk?, przytomno?? odbieg?a. Strwo?yli si? wszyscy i t?umem si? do pokoju jego byli nacisn?li czekaj?c z biciem serca ju? ostatniej chwili. Wtem Chopin otworzywszy oczy i ten t?um ujrzawszy, zapyta?: "Co oni tu robi?? Czemu si? nie modl??" I padli wszyscy ze mn? na kolana, i odmówi?em Litani? do Wszystkich ??., na któr? i protestanci odpowiadali. Dzie? i noc prawie ci?gle trzyma? mi? za obie r?ce, nie chc?c mi? opu?ci?, a mówi?c: "Ty mnie nie odst?pisz w tej stanowczej chwili." I tuli? si? do mnie, jak zwyk?o dzieci? czasu niebezpiecznego tuli? si? do matki. I co chwila wo?a?: "Jezus, Maria!", i ca?owa? krzy? z zachwytem wiary i nadziei, i wielkiej mi?o?ci. Niekiedy przemawia? do obecnych, z najwi?ksz? tkliwo?ci? mówi?c: "Kocham Boga i ludzi!... Dobrze mi, ?e tak umieram... Siostro moja kochana, nie p?acz. Nie p?aczcie, przyjaciele moi. Jam szcz??liwy! Czuj?, ?e umieram. Módlcie si? za mn?! Do widzenia w Niebie." To znowu do lekarzów usi?uj?cych przytrzyma? w nim ?ycie powiada?: "Pu??cie mi?, niech umr?. Ju? mi Bóg przebaczy?, ju? mi? wo?a do siebie! Pu??cie mi?; chc? umrze?!" I znowu: "O, pi?kna? to umiej?tno?? przed?u?a? cierpienia. Gdyby? jeszcze na co dobrego, na jak? ofiar?! Ale na um?czanie mnie i tych, co mnie kochaj?, pi?kna umiej?tno??!" I znowu: "Zadajecie mi na pró?no cierpienia srogie. Mo?e?cie si? pomylili. Ale Bóg si? nie pomyli?. On mi? oczyszcza, O, jak?e Bóg dobry, ?e mi? na tym ?wiecie karze! O, jak?e Bóg dobry!" W ko?cu on, co zawsze by? wykwintnym w mowie, chc?c mi wyrazi? ca?? wdzi?czno?? swoj?, a oraz i nieszcz??cie tych, co bez Sakramentów umieraj?, nie waha? si? powiedzie?: "Bez ciebie, mój drogi, by?bym zdech? - jak ?winia!" W samym skonaniu jeszcze raz powtórzy? Najs?odsze Imiona: Jezus, Maria, Józef, przycisn?? krzy? do ust i do serca swego i ostatnim tchnieniem wymówi? te s?owa: "Jestem ju? u ?ród?a szcz??cia!..." I skona?. Tak umar? Chopin! Módlcie si? za nim, a?eby ?y? wiecznie. Uni?ony wasz w Chrystusie s?uga Z. A. Je?owicki.

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

tempobet mobil bahis