Mapa strony Szukaj Kontakt

"Kurier Lubelski" 11 kwietnia 2008 r.

MAGAZYN KRAJ 11.04.2008

Między modlitwą a łopatą 

LUBI PRACOWAĆ Z taką samą wprawą maluje obrazy i tnie wielkie kloce drewna starą radziecką piłą łańcuchową. Fot. Wojciech Gadomski
LUBI PRACOWAĆ Z taką samą wprawą maluje obrazy i tnie wielkie kloce drewna starą radziecką piłą łańcuchową. Fot. Wojciech Gadomski
Porzuciła karierę malarską, by gotować obiady, budować i urządzać dom, i twierdzi, że jest spełniona. Nigdy dotąd nie udzielała wywiadów. Uważała, że od tego jest mąż - wybitny reżyser, gwiazda mediów. Jednak dla nas Elżbieta Zanussi odstąpiła od tej zasady.

Nie rozumie kobiet, które wybrały nudne biura, zamiast realizować się artystycznie, na przykład w kuchni. A ona? Ot, taki przykładzik: używa radzieckiej piły łańcuchowej, bez zabezpieczenia, której nikomu innemu nie wolno nawet tknąć. Wchodzi z nią na drzewa i tnie w powietrzu.

- Wystarczyłoby, żeby odbiła się od gałęzi, a wtedy ucięłaby mi głowę. Jestem ryzykantką, czasem robię głupstwa, ale czuję, że mam nad sobą parasol szczęścia - mówi.

Jej mąż jest właśnie w trakcie zdjęć do filmu "Serce na dłoni", czarnego kryminału, w którym zagra między innymi Doda. Potrwają one do połowy kwietnia, a film wejdzie na ekrany jeszcze w tym roku. Elżbieta wie, że w wielu środowiskach nie znoszą jego twórczości. Dlatego daje mu do przeczytania tekst Adama Mickiewicza sprzed dwustu lat "O krytykach i recenzentach warszawskich", w którym wieszcz pisze o aktualnych do dziś układach w środowisku.

ELŻBIETA WŚRÓD LABRADORÓW Mają ich w domu osiem, ale całą tą psią hałastrą i tak rządzi kot. Fot. Wojciech Gadomski
ELŻBIETA WŚRÓD LABRADORÓW Mają ich w domu osiem, ale całą tą psią hałastrą i tak rządzi kot. Fot. Wojciech Gadomski
- Ta dzielna niewiasta jest wspaniała, żyje między modlitwą a łopatą, a to niebanalne zestawienie - charakteryzuje żonę Krzysztof Zanussi, dodając, że mężczyźnie trudno pogodzić się z faktem, iż żona męskie prace wykonuje lepiej od niego. - Dawniej to ja wszystko reperowałem, byłem do zlewów i elektryczności, ale kiedy okazało się, że Elżbieta robi to szybciej, zacząłem się wycofywać. Bardzo to śmieszne, bo studiowałem nauki ścisłe i dużo więcej od niej teoretycznie rozumiem. Mogę powiedzieć, jak jest zbudowany silnik spalinowy, ale ona wie, gdzie go stuknąć, żeby zaczął działać - śmieje się.


Galeria przodków


Osiem labradorów biega po ogrodzie nowego domu Zanussich w Laskach. Za nim stoi stary dom, w którym teraz mieszka Marysia z rodziną.

- To moja bratanica, jej mama zmarła przy porodzie. Odebrałam ją ze szpitala, jak miała 10 dni, i tak całe życie spędziliśmy razem - opowiada Elżbieta. Psy co chwila podbiegają do gospodarzy. - Ten cierpi na padaczkę, a tego dawna właścicielka trzymała w łazience, aż zanikły mu mięśnie - wyjaśnia Elżbieta. Takie życie wybrała - w domu, wśród bliskich osób, zwierzaków, przyrody.

Krzysztof jak już jest w domu, też się temu rytmowi musi podporządkować.

- Robię za odźwiernego naszych psów, bo wciąż wchodzą i wychodzą z domu - opowiada. Psami (i nie tylko nimi) rządzi kot - jak mówi o nim gospodarz - watażka kuchenny.

LASKI, ROK 1944. Czteroletnia Elżbieta na osiołku, obok starsza siostra Anna i brat. Fot. archiwum rodzinne.
LASKI, ROK 1944. Czteroletnia Elżbieta na osiołku, obok starsza siostra Anna i brat. Fot. archiwum rodzinne.
Właśnie wszyscy siadają do późnego obiadu: na stole świece, biała porcelana, świętowanie jedzenia. Dla Elżbiety estetyka, piękno to podstawowe kryterium świata. Nie tylko dlatego, że z wykształcenia jest malarką. Zamiłowanie do piękna odziedziczyła po przodkach.

- Po arystokratycznych rodzinach Czetwertyńskich i Grocholskich powinnam odziedziczyć majątki pod Kijowem, na Lubelszczyźnie, w stolicy Hotel Europejski i inne zabudowania, ale wszystkie przepadły - zabrała je rewolucja i komuniści. Ale bogactwo to coś więcej niż piękne rzeczy - podkreśla. - Ważne jest dla mnie doświadczenie moich obydwu rodzin, które traciły pałace, służbę, uczty, bale i zachowały pogodę ducha. W gruncie rzeczy nie przywiązywali wagi do przedmiotów, ale do idei - patriotyzmu, Polski. Choć przecież to, co posiadali, było piękne i z tego płynie nauka, że nie można się otaczać byle jakim bogactwem.

Historię rodu od strony ojca Remigiusza zna od 1460 r., kiedy Grocholscy opuścili Grocholice pod Opatowem i pojechali do Strzyżawki na Ukrainę, gdzie dostali majątki.

- Tworzyli tamtejszą gospodarkę - opowiada Elżbieta. Pradziadek założył pierwszy bank w Winnicy pod Kijowem. Ojciec urodził się w roku 1888. Był zawodowym wojskowym. Gdy przyszła rewolucja, ludzie z sąsiedniej wsi rozkradli jego majątek.
Mama - Barbara, z domu Czetwertyńska - pochodziła z Rurykowiczów, prawosławnej arystokracji. Jej ojciec, Seweryn Czetwertyński, był posłem na Sejm po 1918 r. Nazywano go prekursorem reformy rolnej, bo część swojej ziemi na Lubelszczyźnie, m.in. w Suchowoli koło Radzynia Podlaskiego, rozparcelował i oddał chłopom. O mało nie wyrzucono go za to ze Związku Ziemiaństwa. Jego żona, babka Elżbiety - Zofia Przeździecka - jako wiano wniosła do związku warszawski Hotel Europejski, pałac Przeździeckich (ten z lewej strony bramy uniwersytetu), posiadłości w Sękocinie, pałac w Falentach i stawy rybne koło Raszyna.

Elżbieta urodziła się w 1940 r. Miała dziewięcioro rodzeństwa.

- Pamiętam mieszkanie przy Ikara na Mokotowie, braci wracających nie wiadomo skąd, bo działali w podziemiu - wspomina. Nie wiedziała wtedy, że "pan doktor", który ich odwiedza pod pretekstem wizyty lekarskiej, to jej rodzony ojciec. Ukrywał się. Był twórcą tajnej organizacji "Wachlarz", dowódcą na Górnym Mokotowie.

- O tym, że to mój ojciec, dowiedziałam się po wojnie - wspomina.
W czasie powstania warszawskiego jej mama otrzymała wiadomość, że Niemcy chcą dostać ojca, a jeśli im się to nie uda, jako zakładników wezmą ją z najmłodszymi dziećmi. Wtedy wywiozła rodzinę do Lasek.


Kątem w pałacu

- Pod koniec powstania mama zdecydowała, że pieszo pójdzie do Warszawy, żeby poszukać ojca - Elżbieta opowiada o zrządzeniach losu, które ocaliły jej bliskich. - Dotarła na róg ulic Długiej i Miodowej, gdzie było wyjście z kanałów oraz szpital z rannymi Polakami i Niemcami. Tego dnia poszedł słuch, że Niemcy zamkną szpital i będą dobijać rannych. Mama, która świetnie mówiła po niemiecku, przekonała oficera, żeby darował im jeden dzień na przeniesienie chorych. Zgodził się. W szpitalu nie znalazła jednak męża, który w tym czasie walczył na Mokotowie. Postanowiła więc wrócić do Lasek. Wtedy o mały włos nie straciła życia. Szukała noclegu u ss. sakramentek, ale odmówiły, więc poszła dalej. O 4 rano siostry zostały zbombardowane, a wszyscy, których przechowywały, zginęli pod gruzami.

Takich cudów było więcej. Siostrę Barbarę kula drasnęła tylko w skroń. Brat Mikołaj wycofywał się w stronę Wilanowa, a kiedy wyszedł z kanału, Niemcy zamiast strzelać, zasalutowali mu, gdyż tego dnia o 6 rano otrzymali rozkaz, by powstańców traktować jak żołnierzy, a nie bandytów.

Po wojnie, żeby uciec przed represjami, całą rodziną wyjechali na Dolny Śląsk do Szklarskiej Poręby. Po powrocie do Warszawy zamieszkali w pałacu Czetwertyńskich przy Krakowskim Przedmieściu. - Mój wuj oddał wtedy rektorowi uniwersytetu wszystkie niezniszczone budynki. A rektor wydzielił nam dwa apartamenty - wspomina. Jako 10-latka dzieliła pokój z siedmiorgiem rodzeństwa, dwoma kuzynami i psem przybłędą.


Krzysztof o zmierzchu

Krzysztofa poznała dzięki koniom. Uczył się jazdy razem z jej bratem. I któregoś dnia Włodzimierz przyprowadził go do ich domu.
- Krzysztof robił wówczas pierwsze filmy, dużo jeździł za granicę, ale znajdowaliśmy czas, żeby pobyć razem. Pamiętam śliczną wyprawę o zmierzchu wzdłuż Wisły. Miałam już prawo jazdy i wiozłam Krzysztofa volkswagenem, pierwszym autem moich rodziców. Dojechaliśmy na Wał Miedzeszyński, a potem konno wracaliśmy brzegiem rzeki. W zachodzącym słońcu krajobraz nadwiślański przypominał holenderskie pejzaże...

Pobrali się 27 grudnia. Nie chcą mówić, którego roku. To rodzinna tajemnica. Zdradzają tylko, że ślub był nietypowy.

- Kiedy wszedł obowiązek zawierania ślubów cywilnych przed kościelnymi, myśmy się temu sprzeniewierzyli - opowiada Elżbieta. W kaplicy Zakładu Ociemniałych w Laskach błogosławił im ks. Fedorowicz. Dopiero po latach pojechali w Lubelskie, miejsce urodzenia panny młodej, żeby zawrzeć ślub cywilny.

Z wykształcenia Elżbieta jest malarką. Talent odziedziczyła po dziadku Tadeuszu Grocholskim, który studiował u Bonnarda w Paryżu. Jej mama też malowała akwarele, a ojciec, kiedy mieszkali na Śląsku, za namalowanie portretu sąsiada kupił nawet krowę. Elżbieta skończyła liceum plastyczne w warszawskich Łazienkach. Już wtedy postawiła sobie pytanie: czy warto życie poświęcić dla sztuki?

- Wahałam się, ale życie tak mną pokierowało, że sztukę odsunęłam na bok - tłumaczy.


Otwarte, proszę wejść

Ich dom jest pełen ludzi. Tak było, gdy mieszkali przy Kaniowskiej w Warszawie, i w Paryżu niedaleko placu Zgody. Przyjmowali przyjaciół i studentów ze Wschodu, którzy do dziś mogą liczyć na darmową gościnę. Większe grupy zaczęli zapraszać w latach 70., kiedy rozpoczął się synod diecezjalny poświęcony kontaktom środowisk kościelnych żyjących obok siebie. Postanowili włączyć się w ten nurt.

Teraz w ich nowym domu w Laskach spokojnie może nocować ponad 20 osób. Niedawno gościli 25 młodych aktorów z Kijowa. A kiedyś przyjechali uczniowie podstawówki aż z Nowosybirska, znali "Iluminację" i chcieli o niej porozmawiać. Odwiedzają ich też studenci włoscy i francuscy. Przyjeżdżają niezależnie od tego, czy Krzysztof jest w domu, czy za granicą.

- Muszę ich karmić, a to spory wysiłek - uśmiecha się Elżbieta, która kupuje wtedy w ilościach hurtowych kaszę, ryż, makaron, kurczaki i przyrządza gary potraw. Ale ona lubi takie nowe przyjaźnie, sytuacje i doświadczenia. Uwielbia piosenkę Joego Dassina: "Wszystko czytałem, wszystko piłem, wszystko widziałem". Te słowa oddają to, co czuje.


Kobieta z misją

- Nie traktuję kobiet jak istot obdarzonych szczególną siłą twórczą ani odkrywczo-intelektualną - zwierza się. - Uważam, że jesteśmy genialne w pomaganiu mężczyznom mającym te właśnie cechy. Oni są pełni egoizmu, ale to on pozwala im pchać ten świat do przodu. My mamy mniejsze ambicje, no, może z pewnymi wyjątkami, jak Joanna d’Arc. Jako malarz powinnam zastrzelić męża, dzieci i zwierzęta, bo mi przeszkadzają w twórczej pracy. Ale uważam, że to właśnie kobiety muszą ustrzec mężczyzn przed tym metaforycznym zastrzeleniem bliskich. Nie wiem, dlaczego z tego rezygnują. Wyszły z kuchni, żeby siedzieć w biurze, gdzie jest śmiertelnie nudno. To zajęcie poniżające w porównaniu z uroczą twórczością, jaką jest komponowanie smacznego obiadu albo urządzanie domu. Nie mówiąc o tym, że mężczyzn stale trzeba pozbawiać egoizmu i uczyć dostrzegania biedy tego świata.

- Wolę pomagać Krzysztofowi, zadbać, żeby pojechał na wykład wypoczęty i po dobrym obiedzie, niż malować obrazy, które potem jakaś kucharka raz na tydzień przetrze ścierką - mówi z autoironią.

Barbara Gruszka-Zych





Digg!Reddit!Del.icio.us!Google!Live!Facebook!Slashdot!Netscape!Technorati!StumbleUpon!Spurl!Wists!Simpy!Newsvine!Blinklist!Furl!Fark!Blogmarks!Yahoo!Smarking!Netvouz!Shadows!RawSugar!Ma.gnolia!Free social bookmarking plugins and extensions for Joomla! websites!
Zmieniony ( wtorek, 15.07.2008 )
 
następny artykuł »